Rozmowa z Alicją, hydrobiolożką i byłą pasjonatką spinningu
Spotykamy się nad Wisłą, wcześnie rano. Mgła jeszcze nie zeszła z wody. Masz wędkę, ale nie wygląda, jakbyś przyszła tu łowić.
– Bo nie przyszłam łowić. To znaczy… mam ją ze sobą bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Czasem zarzucę, ale częściej siedzę i patrzę. Kiedyś to było nie do pomyślenia. Jak byłam nad wodą, to każda minuta bez rzutu była stratą czasu.
Pamiętasz moment, kiedy to się zmieniło?
– Bardzo konkretny. Mała rzeka na Podlasiu, środek lata. Łowiłam klenie na małe woblery. W pewnym momencie złapałam rybę… nic wyjątkowego, może 35 cm. I kiedy ją wyjęłam z wody, zobaczyłam, że ma stare, źle zagojone rany po wcześniejszych złowieniach. Jedna przy pysku, druga gdzieś przy pokrywie skrzelowej. I to był taki moment, że coś mi się „przesunęło w głowie”. Zrozumiałam, że ta ryba już była „czyjaś” kilka razy. I pewnie jeszcze będzie.
Ale przecież większość wędkarzy powie: „łowimy i wypuszczamy, rybom nic się nie dzieje”.
– Ja też tak mówiłam. I przez lata w to wierzyłam. Tylko że jak zaczynasz patrzeć na to z perspektywy biologii, a nie emocji, to obraz się trochę komplikuje. Ryba wypuszczona to nie zawsze ryba „w porządku”. Stres, uszkodzenia, infekcje — tego nie widać od razu. To nie jest czarno-białe.
Czyli uważasz, że wędkarstwo szkodzi?
– Uważam, że wędkarstwo może szkodzić. Ale nie musi. Problem polega na tym, że wielu ludzi nie chce widzieć tej różnicy. Najłatwiej jest powiedzieć: „jestem eko, bo wypuszczam ryby”. To brzmi dobrze. Ale rzeczywistość jest bardziej niewygodna.
To brzmi jak krytyka środowiska, którego byłaś częścią.
– Bo nią jest. I siebie też krytykuję. Ja nie jestem „ponad tym”. Mam na koncie setki, jeśli nie tysiące złowionych ryb. I długo nie zadawałam sobie trudnych pytań. Wędkarstwo ma w sobie coś bardzo egoistycznego, tylko nie lubimy tego tak nazywać.
Egoistycznego? W jakim sensie?
– W takim, że robisz coś dla własnej przyjemności, kosztem czegoś żywego. Nawet jeśli to robisz „delikatnie”, „z szacunkiem”, „zgodnie z zasadami”. To nadal jest ingerencja. I nie mówię tego, żeby kogokolwiek moralizować. Bardziej żeby uczciwie nazwać rzeczy po imieniu.
A mimo to nadal tu przychodzisz.
– Bo to nie jest proste „odcięcie”. Wędkarstwo to była ogromna część mojego życia. Emocje, rytuały, miejsca, ludzie… To nie znika z dnia na dzień. Tylko że teraz częściej mam w głowie pytanie „po co?”, niż „na co dziś biorą”.
Czujesz jeszcze ekscytację, kiedy masz rybę na kiju?
– Tak. I to jest chyba najbardziej niewygodne w tym wszystkim. Bo z jednej strony masz świadomość, refleksję, wiedzę… a z drugiej – ciało reaguje tak samo jak kiedyś. Adrenalina, skupienie, ten moment napięcia. I przez sekundę wszystko inne znika. A potem wraca.
Wraca co?
– Taka myśl: „czy to było konieczne?”. Nie zawsze. Ale coraz częściej.
Co najbardziej irytuje Cię dziś w środowisku wędkarskim?
– Powierzchowność. To, że rozmowy często kończą się na sprzęcie, wynikach, zdjęciach. Kto, gdzie, ile, na co. A bardzo rzadko: dlaczego w ogóle to robimy.
Social media tylko to pogłębiły?
– Bardzo. Masz presję pokazywania efektów. Ryba musi być. Najlepiej duża. Najlepiej „ładna do zdjęcia”. I zaczyna się ciche kombinowanie: trochę dłużej poza wodą, trochę więcej prób zdjęcia, trochę mniej myślenia o rybie. Nikt tego nie powie wprost, ale każdy, kto łowił więcej niż kilka razy, wie, że tak bywa.
Gdybyś mogła zakazać jednej rzeczy w wędkarstwie, co by to było?
– Chyba… bezrefleksyjności. Ale tego się nie da zakazać.
A coś bardziej konkretnego?
– Może nie zakazać, ale ograniczyć: robienie z wędkarstwa „produkcji contentu”. Bo wtedy ryba przestaje być rybą, a zaczyna być „materiałem”.
Mówisz to jako ktoś, kto sam kiedyś wrzucał zdjęcia?
– Oczywiście. I dalej czasem wrzucam. Tylko że dziś dwa razy się zastanowię, zanim wyjmę rybę z wody „dla kadru”.
Jak reagują inni wędkarze na Twoje podejście?
– Różnie. Niektórzy mówią: „przesadzasz”. Inni: „też o tym myślałem, ale nie chcę w to wchodzić”. A jeszcze inni po prostu nie chcą o tym rozmawiać. I to też rozumiem.
Dlaczego?
– Bo jak zaczniesz zadawać sobie te pytania, to nie ma łatwego powrotu. A wędkarstwo dla wielu ludzi to czysta przyjemność. Odskocznia. Nie każdy chce ją komplikować.
Czyli trochę odbierasz ludziom „prostą radość”?
– Nie chcę odbierać. Raczej pokazać, że ona nie jest aż tak prosta, jak się wydaje. Ale każdy sam decyduje, co z tym zrobi.
Gdybyś dziś zaczynała od zera — zaczęłabyś łowić?
– Dobre pytanie. Myślę, że tak… ale inaczej. Dużo wolniej. Bardziej świadomie. Może mniej ryb, więcej obserwacji. Może więcej czasu spędzonego bez wędki.
Brzmi jak coś zupełnie innego niż klasyczne wędkarstwo.
– Może tak właśnie jest. Może problemem jest to, że wrzucamy wszystko do jednego worka i nazywamy „wędkarstwem”.
A kim Ty dziś jesteś? Wędkarzem? Biolożką? Obserwatorką?
– Chyba… kimś pomiędzy. Nie wiem, czy jeszcze jestem wędkarzem w tym klasycznym sensie. Ale nadal czuję się częścią tej historii.
Na koniec — co powiedziałabyś komuś, kto dopiero zaczyna?
– Żeby nie spieszył się z odpowiedziami. I żeby od początku zadawał sobie pytania, których inni często unikają. Nie tylko „jak złowić”, ale też „dlaczego chcę złowić”.
Bo to drugie zostaje na dłużej.
Mgła powoli znika. Alicja patrzy na wodę, ale nie sięga po wędkę. Przez chwilę jest absolutnie cicho.
I to chyba najlepiej podsumowuje tę rozmowę.