Prowadzący: Panie Jerzy, mówił Pan przed nagraniem, że największego szczupaka złowił Pan zupełnie sam, na takim dzikim stawie. Może Pan wrócić do tej historii?
Pan Jerzy: No… mogę, mogę. Tylko uprzedzam – to nie jest taka historia „a złowiłem i koniec”, tylko trochę przeżyć tam było (śmiech). Do dziś pamiętam ten dzień bardzo dokładnie.
To była jesień, taka już konkretna – nie że tam jeszcze lato, tylko już chłodno rano. Jak przyszedłem nad wodę, to była mgła… taka, że momentami nie widziałem drugiego brzegu. Cisza totalna. Żadnych ludzi, żadnych samochodów, tylko ptaki gdzieś tam i czasem coś w trzcinach zaszurało.
Prowadzący: Czyli idealnie pod duże ryby?
Pan Jerzy: Dokładnie. Ja zawsze mówię – jak jest za ładnie, za słonecznie i ludzie się kręcą, to duży szczupak siedzi cicho. A wtedy było tak… surowo. Lekki chłód, wilgoć, powietrze ciężkie.
Usiadłem sobie na takim kawałku brzegu, gdzie było trochę miejsca między krzakami. Ale to nie było wygodne stanowisko – bardziej takie „wciskanie się” niż łowienie.
Założyłem żywca – płotkę. Nie jakąś malutką, tylko taką porządną, żeby kusiła konkretną rybę. Zarzuciłem i czekam.
Prowadzący: Długo?
Pan Jerzy: No i właśnie to jest najlepsze… długo. Bardzo długo. Godzina, może więcej. Już zacząłem się zastanawiać, czy nie zmienić miejsca. Nawet kanapkę wyjąłem, termos z herbatą… człowiek się rozluźnił.
I nagle – nie ma spławika.
Nie że się zanurzył powoli. Nie. Po prostu zniknął. Jakby ktoś go wciągnął pod wodę na sznurku.
Prowadzący: Od razu Pan wiedział?
Pan Jerzy: Tak. To nie była drobnica. To było takie branie, że aż się człowiek prostuje automatycznie.
Ale nie zacinam od razu. Przy szczupaku trzeba mieć nerwy. Daję mu kilka sekund… może nawet kilkanaście. Człowiek stoi i tylko patrzy, gdzie ta żyłka idzie.
I czuję… idzie w bok.
No to zaciąłem.
Prowadzący: I co się stało?
Pan Jerzy: Na początku nic. I to jest najgorsze – taka sekunda ciszy. A potem… jakby ktoś zaczepił się o coś ciężkiego i nagle to „coś” zaczęło uciekać.
On ruszył tak mocno, że aż kij mi się wygiął do granic. Hamulec w kołowrotku zaczął wyć. Ja tylko trzymam i myślę: „oby nie zerwał, oby nie zerwał…”
Pierwszy odjazd poszedł w trzcinę. I wtedy już wiedziałem, że to jest duża ryba. Mały szczupak tak nie jedzie.
Prowadzący: Widział go Pan wtedy?
Pan Jerzy: Nie od razu. Najpierw tylko czułem ciężar i siłę. On robił takie krótkie, mocne szarpnięcia. Jakby próbował się uwolnić.
Potem nagle wyszedł do góry… i zrobił taki wyskok nad wodę.
I wtedy zobaczyłem go całego.
Powiem tak – ręce mi zmiękły.
Prowadzący: Aż tak?
Pan Jerzy: Panie… to był kawał ryby. Długi, gruby, zielony, aż się błyszczał. Ja w życiu takiego nie miałem na kiju.
I wtedy zaczęła się prawdziwa walka.
On raz szedł w lewo, raz w prawo, raz pod same nogi. Musiałem nim pracować, zmęczyć go. Nie mogłem go ciągnąć na siłę, bo by albo żyłka poszła, albo hak puścił.
Serce waliło, ręce mokre… i co najgorsze – byłem sam.
Prowadzący: To chyba zmienia wszystko.
Pan Jerzy: Bardzo. Jak masz drugą osobę, to zawsze ktoś pomoże podbierakiem, doradzi. A tu… cisza, krzaki i ty.
Hol trwał długo. Naprawdę długo. W pewnym momencie już czułem zmęczenie w rękach.
Ale w końcu zaczął słabnąć. Coraz krótsze odjazdy, mniej siły.
Podciągnąłem go do brzegu… i wtedy zobaczyłem kolejny problem.
Prowadzący: Czyli?
Pan Jerzy: Nie było gdzie go wyciągnąć.
Serio. Z jednej strony krzaki, z drugiej korzenie, błoto. Zero miejsca. Ja go mam przy brzegu, a nie mam jak go wyjąć.
Podbieraka oczywiście nie wziąłem. Do dziś się z tego śmieję, ale wtedy to nie było śmieszne.
Prowadzący: Co Pan zrobił?
Pan Jerzy: Musiałem ręcznie.
Podciągnąłem go najbliżej jak się dało. Głowa już prawie na brzegu… a ogon dalej w wodzie. I on jeszcze się ruszał.
Włożyłem rękę pod skrzela. Śliski, ciężki… i nagle zrobił taki zryw, że aż mi się nogi rozjechały w błocie.
Myślałem, że go stracę w ostatniej chwili.
Ale złapałem mocniej… i zacząłem go ciągnąć. Dosłownie centymetr po centymetrze.
Prowadzący: Brzmi jak siłowanie się, nie łowienie.
Pan Jerzy: Bo to już nie było łowienie (śmiech). To była walka.
W końcu udało się go wciągnąć cały na brzeg. Leżał… ogromny. Ogon jeszcze drgał.
A ja usiadłem obok i chyba z pięć minut nic nie robiłem. Tylko oddychałem i patrzyłem.
Prowadzący: Pamięta Pan, co Pan wtedy czuł?
Pan Jerzy: Taką mieszankę wszystkiego. Radość, niedowierzanie, zmęczenie. I taki spokój… że się udało.
Bo wie Pan – takie ryby nie trafiają się często. Czasem człowiek całe życie łowi i nie ma takiego momentu.
Prowadzący: A pogoda wtedy dalej taka sama?
Pan Jerzy: Tak. Mgła już zeszła, zrobiło się lekko szaro, bez słońca. Idealnie. Woda spokojna. Jakby wszystko sprzyjało tej jednej chwili.
Prowadzący: Co by Pan dziś zrobił inaczej?
Pan Jerzy: Na pewno wziąłbym podbierak (śmiech). I może przygotował stanowisko lepiej.
Ale z drugiej strony… może właśnie dlatego ta historia jest taka, jaka jest.
Prowadzący: A młodym wędkarzom?
Pan Jerzy: Nie spieszyć się. Obserwować wodę. Uczyć się cierpliwości.
I pamiętać, że największe historie zdarzają się wtedy, kiedy jesteś sam nad wodą i nikt nie patrzy.